|
Gdy po wielu dniach nadszedł mój długo oczekiwany urlop wakacyjny, nie zastanawiałam się nad tym jak go spędzę, to już było z góry wiadome. Górsko - rowerowa pasja Pawła bardzo szybko zaczęła mi się udzielać,
dlatego też mój wakacyjny urlop przybrał bardzo aktywną formę. Paweł obmyślił
plan a ja tym razem nie dałam się długo namawiać. Mieliśmy przed sobą dwa
tygodnie jazdy rowerem oraz wspinaczki po górach Słowacji.
Nasza wyprawa, bo tak już można to nazwać zaczęła się w
Rajczy gdzie wcześniej dotarliśmy pociągiem. Zanim zdążyłam się obejrzeć
pomykałam już ile sił w nogach pod przełęcz Glinka Ujsolska (830m n.p.m.) by
dostać się do przejścia granicznego. Podjazd był dość długi, jednak nie zbyt
trudny, bo w dużej mierze łagodny, dopiero końcówka podjazdu była dość stroma
ale dałam rade nawet z przyczepką ( tym razem nie miałam tak łatwo i musiałam
ciągnąć za sobą swoje manatki :-)) Po przekroczeniu granicy skierowaliśmy się w
kierunku Zamku Orawskiego. Droga była przyjemna, ale też męcząca, bo często pod
górę, lecz nie przeszkodziło to nam w dojechaniu do miejscowości Orawskie
Podzamcze, w której właśnie znajduje się Zamek, niestety nie mieliśmy
możliwości zwiedzenia go, ponieważ były bardzo długie kolejki a czasu nie mieliśmy
zbyt wiele. Pierwszy cel; czyli dotarcie do Orawskiego Podzamcza został
zrealizowany tak więc opuściliśmy tą miejscowość i wyruszyliśmy dalej.

Kolejnym etapem wyprawy było dotarcie do Małej Fatry, jedną
z większych przeszkód jaka stanęła nam wtedy na drodze to przełęcz Rovna Hola
(751m n.p.m.). Podjazd zaczął się w Parnicy, tam jeszcze nie wiedziałam co mnie
czeka. Na początku jechało się dość dobrze dopiero po jakimś czasie nogi
zaczęły odczuwać stromiznę, i ciężar bagażu. Droga zaczęła mi się strasznie
dłużyć a nogi pracowały coraz wolniej, aż w końcu przy samym szczycie już nie
dałam rady pedałować, musiałam zejść i te kilka metrów na szczyt przełęczy
poprowadzić rower. Wysiłek jaki włożyliśmy w wjazd na przełęcz opłacił się bo
teraz czekał nas długi zjazd aż do samej Terchovej. Rower rozpędzał się jak
błyskawica i mknął w dół, ręce ciągle naciskały na hamulce, na niejednym
zakręcie znosiło mi rower ale nie było źle dałam rade :) W
taki oto sposób dojechaliśmy do Terchovej, wsi leżącej u podnóża Małej Fatry,
prosto stamtąd dostaliśmy się do Doliny Vratnej gdzie zrobiliśmy sobie przerwę
na odpoczynek. Zmęczenie jakie odczuwaliśmy po dojechaniu do tego miejsca
zostało nam wynagrodzone pięknymi widokami, malowniczej doliny gdzie od razu
ukazał nam się głęboko wcięty skalny przełom rzeczki Varinki, a potem wieniec
szczytów ograniczających teren doliny. Podziwiałam ten piękny krajobraz i nie
mogłam się nim nacieszyć a to był dopiero początek wspaniałych widoków.
Następnym celem, jaki sobie obraliśmy był Mały i WielkiRozsutec, a więc odłożyliśmy rowery na bok, na plecy zarzuciliśmy plecaki iruszyliśmy. Wybraliśmy szlak prowadzący przez Dolne i Górne Diery, punktem
wyjściowym był Biały Potok jedna z osad Terchowej, już po kilkunastu metrach
naszym oczom ukazało się coś na kształt głębokiego wąwozu z wartkim potokiem.
Krajobraz był wprost bajeczny, kroczyliśmy w samym środku tegoż wąwozu pod
nogami mając strumień, który momentami przechodził w malownicze wodospady. Idąc
tak wśród skał coraz bardziej zagłębialiśmy się w wąwóz, liczne mostki drabinki
czy kładki ułatwiały nam przejście nad wodą, która przedzierała się na dole
wąskimi korytami lub spadała z hukiem z wysokości kilku metrów. Momentami
strumyk płynął tak spokojnie, że ledwo go było słychać a po chwili przemieniał
się w wartki rwący potok, im wyżej byliśmy tym częściej strumień przechodził w
wodospady, które stawały się coraz wyższe, niektóre z nich sięgały nawet do 4
metrów. Droga przez Diery była samą przyjemnością, bo dla takich widoków warto
się trochę pomęczyć. Po pokonaniu wszystkich drabinek wyszliśmy na łagodniejszą
ścieżkę i dotarliśmy na przełęcz Medzirozsutce (1200 m n.p.m.), tam zrobiliśmy
krótką przerwę na posiłek i podjęliśmy decyzje, że idziemy tylko na Mały
Rozsutec (1343 m n.p.m.) ze względu na pogodę. Z Medzirozsutca szybko doszliśmy
do kolejnej przełęczy Zakres (1225 m n.p.m.) tam właśnie nachylenie stało się
konkretne, i czekał nas kawałek wspinaczki po skałach. Zamontowane na szlaku
łańcuchy były nieodzowne, by dostać się na szczyt, ale jak się okazało MałyRozsutec jest wart wysiłku a widoki ze szczytu są przepiękne. Zejście było dość trudne szlak prowadził cały czas ostro w dół po skalnym podłożu, w schodzeniu
bardzo pomagały nam łańcuchy, po dłuższym czasie weszliśmy w las, w którym
można zauważyć wiele ciekawych formacji skalnych. Po wyjściu z lasu szlak
złagodniał i wprowadził nas do osady Podrozsutec, gdzie znajduje się kilka
domków letniskowych, dalej droga prowadziła już prawie płaskim podłożem aż do
naszego punktu wyjściowego - czyli Białego Potoku, gdzie skończyliśmy pieszą
wędrówkę i znowu wsiedliśmy w siodełka.
    
Po raz kolejny czekał nas podjazd pod Rovna Hole - ponieważ
zamierzaliśmy dostać się do Sutowa, tym razem pokonałam przełęcz bez schodzenia
z roweru i czułam się już o wiele pewniej podczas zjazdu. Z Parnicy droga
poprowadziła nas wraz z biegiem Orawy w kierunku miejscowości Kralovany gdzie
Orawa wpływa do rzeki Wah. Dalej jadąc już wzdłuż rzeki Wah dojeżdżamy do
Sutowa. Pierwszą atrakcją, jaką spotykamy jest kamieniołom, piękne wprost
bajeczne miejsce, gdzie widoki zapierają dech w piersiach. Zielono błękitne
lustro wody wraz z wysokimi pokrytymi roślinnością zboczami wykopaliska, daje
niesamowity efekt. Dalej ruszamy asfaltową drogą przez wieś w celu dotarcia do
Wodospadu Sutowskiego. Na końcu zostawiamy nasze rowery w pobliskim
gospodarstwie i dalej ruszamy piechotą. Droga wiedzie przez las wzdłuż potoku
Sutowskiego, na początku jest to asfaltowa dróżka, która potem zmienia się w
wyboistą gdzieniegdzie żwirową i kamienistą ścieżkę. W końcu docieramy do
wodospadu Sutowskiego, gdzie woda spada z hukiem aż z 38 metrów, stanęłam kilka
metrów dalej i nawet tam czułam orzeźwiającą mgiełkę bijącą od wodospadu, nade
mną wysoko z góry tryskała woda i spadając szybko w dół rozbijała się głośno o
kamienie, gdzie dalej spływała już o wiele spokojniej potoczkiem, obok którego
wcześniej szliśmy. Sutowo okazało się miejscem bardzo atrakcyjnym i wartym
zobaczenia, ale czas było ruszyć dalej.
 
Kolejnym celem były Góry Choczańskie, postanowiliśmy, że
początkowo dostaniemy się do miejscowości Lucki, aby nie tracić zbyt wiele
czasu na dotarcie tam, przemierzyliśmy kawałek drogi pociągiem wysiadając w
Liptovskiej Tepli, stamtąd już rowerami udaliśmy się do Lucków. Miejscowość
jest bardzo malownicza, a w samym jej centrum spotkała nas niespodzianka w
formie przepięknego wodospadu, który bardzo przykuwa naszą uwagę. Widok jest niesamowity,
z jednej strony domy, sklepy, ulice a z drugiej piękny wodospad ze znajdującym
się na dole małym zbiornikiem wodnym. Dalej już w Kalamenach mieliśmy okazje
zobaczyć naturalne źródło termalne, ze względu na dużą zawartość siarki w
wodzie wydobywającej się wprost z ziemi bajorko ma brązowe zabarwienie. Źródło
umiejscowione jest tuż za wsią, jest to jedyne naturalne źródło termalne na
Słowacji. Zatrzymujemy się tam na chwile, aby odpocząć a potem ruszamy dalej w
stronę Osadki i Malatiny by na końcu dotrzeć do miejscowości Wielkie Borove,
jak się okazało nie była to zbyt łatwa trasa.

Czekał nas kolejny etap wyprawy. Z Lucków wyjechaliśmy na wąski
asfaltowy szlak, prowadzący początkowo wzdłuż rzeczki Raztocna, przed nami
droga wiła się cały czas do góry prowadząc na przełęcz, którą musieliśmy
pokonać, aby dostać się do miejscowości Osadka. Droga wraz z wysokością stawała
się coraz bardziej zniszczona, miejscami asfalt przechodził w żwir, co nieco
utrudniało jazdę, ale za to widoki stawały się coraz piękniejsze, otaczały nas
góry, lasy, pola uprawne, można było zobaczyć stada owiec wypasających się na
trawiastych zboczach gór, a szczególnego uroku dodawał Wielki Chocz (1611 m
n.p.m.) najwyższy szczyt Gór Choczańskich, który od tej pory towarzyszył nam
przez długą część trasy wystając ponad wierzchołki innych gór. W ten sposób
docieramy do szczytu przełęczy, szybka zmiana przerzutek i już mkniemy w dół,
aby już w Osadce znowu stanąć przed kolejną przełęczą, tym razem prowadzącą
prosto do Malatiny. Zapału nie brakowało sił też nie wiec szybko nadrabialiśmy
straconą wysokość, a naszym oczom zaczęło sie ukazywać w całej okazałości pasmo
Gór Choczańskich. Już przy samym wierzchołku nogi zaczęły odmawiać
posłuszeństwa, ale nadal pedałowałam siła woli wiedząc, że czeka mnie długi
zjazd z przełęczy, nie zdawałam sobie jednak sprawy z tego, co mnie czeka
dalej. W Malatinie skierowaliśmy się na rzekomy szlak rowerowy, zauważyliśmy
nawet tabliczkę informującą o tym fakcie, jest to polna ścieżka, która cały
czas ostro pnie się w górę. Na początku droga wydaje się dość przyjemna, wokół
roztacza się przepiękny krajobraz, pola, lasy, góry, ale juz niedługo stromizna
daje się we znaki, a droga staje się coraz bardziej wyboista. Koła zaczynają
toczyć się coraz wolniej, w niektórych momentach muszę zejść z roweru i kawałek
go poprowadzić, ale to też nie jest zbyt proste, nachylenie jest zbyt mocne,
ciężar bagażu ściąga w dół, a nierówna polna dróżka nie ułatwia sprawy. To było
dla mnie niesamowite wyzwanie, i bardzo ciężki podjazd, zaczęłam się nawet zastanawiać
czy to aby na pewno szlak rowerowy. Polna ścieżka pomału przeradzała się w
błotne kałuże, a gdzieniegdzie stawała się tak wyboista, że nie dało się
przejechać i trzeba było schodzić z rowerów, to nawet nie wyglądało jak ścieżka
tylko jak zaschnięte błoto, po którym przejechały jakieś wielkie koła. Na szczęście
po tym odcinku było już dość łagodnie aż do samej góry, a wspaniała panorama
gór, którą ujrzeliśmy na szczycie wynagradzała cały wysiłek. Teraz czekał nas
już tylko zjazd, jak sie okazało bardzo ekstremalny, i chyba po raz pierwszy
bardziej uciążliwy niż podjazd, a tego się nie spodziewałam. Większość ścieżki
zjazdowej przebiegało przez las, stąd też wynikało nasze utrudnienie, w bardzo
wilgotnym i zacienionym miejscu cała dróżka zmieniła się w błotny grząski
potok, a my w centrum tej błotnej drogi podążaliśmy w dół. Oczywiście wiadomo
jak wyglądały nasze rowery i my na końcu tej przeprawy, ale nie przejmowałam
się tym byłam szczęśliwa, bo mieliśmy już pewny grunt pod nogami no i osiągnęliśmy
cel - byliśmy w Wielkim Borovym.
   
W momencie, gdy kolejny cel został osiągnięty,
postanowiliśmy zrealizować jak najszybciej następny i już tego samego dnia
ruszyliśmy dalej. Chcieliśmy się dostać do miejscowości Kwacany przemierzając Dolinę
Kwaczańską. Malowniczą ścieżką wjeżdżamy w progi doliny, i już na początku
pejzaż ukazujący się naszym oczom zapiera dech w piersiach. Ozdobą doliny jest
jej skalna sceneria, a zupełnie magiczną atmosferę wprowadzają położone w głębi
gór stare młyny w Obłazach - nad potokiem Kwaczanka stoi zrekonstruowany
unikalny obiekt starych drewnianych młynów wodnych, pochodzących z połowy XIX
wieku, jest to bardzo dobre miejsce, aby przystanąć na chwilę i odpocząć, my
jednak ruszamy dalej. Niestety okazało się, że szlak przez Dolinę w stronę
Kwacan w pewnych miejscach jest trudno przejezdny, wiec zrezygnowaliśmy z tego
zamiaru i skierowaliśmy sie na drogę prowadzącą przez dolinę w stronę Hut, jest
to stara droga rządowa łącząca Wielkie Borove z Hutami, kiedyś jedyne połączenie
tych dwóch wsi. Droga jest bardzo przyjemna po jednej stronie mamy cały czas
potok a po drugiej wysokie ściany skalne, w ten oto sposób docieramy do Hut.
Wtedy właśnie siły nas opuszczają (no przynajmniej mnie) po takim dniu wrażeń
marzę już tylko, aby się gdzieś położyć. Niestety szczęście nam nie dopisało,
okazało się, że we Wsi nie ma wolnych miejsc noclegowych, tym sposobem mieliśmy
jeszcze do pokonania dwie przeszkody w formie dwóch asfaltowych przełęczy. Sama
nie wiem, jakim cudem dałam rade jechać, ale udało sie i ponownie byliśmy w
Wielkim Borowym, gdzie udaliśmy sie na zasłużony odpoczynek.
 
Następnego dnia obraliśmy nieco inny cel, a mianowicie
zostawiliśmy rowery i ruszyliśmy na pieszą wędrówkę po górach. Nasza trasa
zaczynała się ponownie w Dolinie Kwaczańskiej, przemierzamy zananą nam już drogę
w kierunku Obłazów, gdzie tym razem spędzamy chwilę czasu. Potem kierujemy się
już bardzo stromym szlakiem w stronę Kwaczan, droga w tym kierunku pokonuje
licznymi zakrętami strome zbocze, gdzieś głęboko w dole huczy potok Kwaczanka
wytwarzając wodospady i kaskady, a nad nim wysoko wznoszą się wysokie strome
ściany skalne, tworzące wąwóz. Wkrótce dochodzimy do najwyższego punktu jest to
tak zwany Rohac, ze skały ponad nim można podziwiać wspaniały widok na cały
kanion. Od tego miejsca droga obniża się łagodnie aż do samych Kwaczan. Stamtąd
podążamy trasą przez las a potem przez pola wzdłuż zboczy Prosiecznego mając po
lewej stronie przepiękny widok na Jezioro Liptowskie, w ten sposób przedostajemy się do kolejnej wspaniałej
doliny zwanej Doliną Prosiecką, która jest równoległa do Doliny Kwaczańskiej.
Wejście do Doliny tworzy skalana przesieka zwana Wrotami, która ukazuje
fantastyczny krajobraz; z każdej strony otaczają nas ogromne skały, pośrodku
płynie potok gdzieniegdzie tworząc wodospady, idąc dalej mijamy Jaskinię
Prosiecką a potem przy pomocy wąskich mostków i kładek pokonujemy wody potoku.
Droga przecina kilka razy potok, a po chwili dolina się rozszerza i skręca na
zachód od tego miejsca wąwóz jest bezwodny a droga staje się bardzo kamienista.
Po jakimś czasie szlak skręca i rozszerza się tworząc kotlinę o nazwie Polhora,
nad którą wysoko wznoszą się ściany Łomów i Prosiecznego. Oczarowują nas te
strome ściany oraz dzika przyroda, która nas otacza. W końcowym odcinku trasy
wędrówkę ułatwiają nam metalowe drabinki oraz łańcuchy, tam właśnie pomiędzy
jednym a drugim stromym wejściem ubezpieczonym w drabinki spotykamy małego
zagubionego Psa, koło którego każdy przechodzi obojętnie. Oczywiście my postanawiamy
mu pomóc, bo pies nie miał jakichkolwiek szans, aby samemu sie stamtąd wydostać,
więc po drabinkach Paweł wniósł go na rękach, a dalej już sam co sił w nogach
pognał do przodu, mieliśmy nadzieję, że odnajdzie swoich właścicieli. W taki
sposób docieramy do porośniętej trawą równiny Svorad skąd mamy ruszyć w stronę
Prosiecznego ( 1372 m n. p. m.), tam też po raz kolejny spotykamy naszego
uratowanego Psiaka, który od tej pory uparcie nam towarzyszy tak, więc już we
troje ruszamy na szczyt Prosiecznego. Szlak cały czas wiedzie przez las pnąc
się ostro w górę, ta część drogi wymęczyła nas chyba najbardziej, ale naszego
czworonożnego towarzysza najwidoczniej nie, bo cały czas biegał przed nami jak
szalony po lesie, chwilami tylko się zatrzymywał i oglądał jakby sprawdzając
czy za nim podążamy. W towarzystwie miłego zwierzaka zdobywamy szczyt
Prosiecznego, teraz pozostaje tylko zejście, z którym nie ma już żadnych
większych problemów, no i po raz kolejny docieramy do Wielkiego Borowego, aby
zabrać swoje rowery.
     
Dalej nasze rowery skierowaliśmy w stronę Jeziora Liptowska
Mara. Przedostaliśmy się do Hut tą samą, co poprzednio drogą prowadzącą przez
Dolinę Kwaczańską a dalej, gdy juz wyjechaliśmy z Hut czekał nas długi podjazd
pod przełęcz, ale po tylu przeszkodach, jakie zdołaliśmy już pokonać nie było
to dla mnie nic strasznego. Powolutku dotarliśmy na szczyt przełęczy, gdzie
mieliśmy niepowtarzalną okazje zobaczyć młodego Niedźwiedzia, którego z lasu
wybawiły zapewne śmieci, w których grzebał. Chcieliśmy zrobić mu zdjęcie, lecz
niestety nie udało się, bo gdy tylko nas zobaczył uciekł szybko z powrotem do
lasu. Po tej miłej niespodziance zaczęliśmy zjeżdżać w ekspresowym tempie w
dół, dzięki czemu bardzo szybko znaleźliśmy się w pobliżu Jeziora. Teraz
czekała nas trasa wzdłuż jeziora aż do miejscowości Liptowski Mikulas, do
którego dotarliśmy dość szybko. Tam zmieniliśmy nieco plany z powodu pogody,
która zapowiadała się nie zbyt ciekawie oraz czasu, którego mieliśmy już bardzo
mało. Skierowaliśmy się na Poprad, do którego dotarliśmy pociągiem, tam
zatrzymaliśmy się na nocleg. Poprad to piękne miasto, któremu niesamowitego
uroku dodają szczyty Tatr Wysokich górujących ponad miastem. Naszym zamiarem
było udanie się następnego dnia właśnie w Tatry Wysokie, niestety przeszkodziła
nam w tym skutecznie pogoda, rozpadało się na dobre. Nic jednak nie zdołało nam
popsuć nastroju, szybko mieliśmy już przygotowany kolejny plan; wybraliśmy się
do Aqua Parku znajdującego sie w Popradzie. Aquacity Poprad ma do zaoferowania
wiele atrakcji, poczynając od kompleksu basenów: wewnętrznych i zewnętrznych,
poprzez źródła i baseny termalne, liczne zjeżdżalnie, kończąc na saunach,
wannach z hydromasażem, solariach, oraz śnieżnej jaskini. Spędziliśmy tam kilka
godzin, nabierając sił na dalszą drogę, jednak pogoda się na nas uwzięła i
pokrzyżowała nam plany.
 
Biorąc pod uwagę załamanie się pogody postanowiliśmy wracać
do Polski, jednak to nie był jeszcze koniec naszej wyprawy. Zamierzaliśmy
spędzić jeszcze parę dni wędrując po szlakach Polskich Tatr. W stronę Polski
ruszyliśmy Drogą Wolności, która prowadzi przez lasy i łąki u podnóża Tatr,
jest to szosa o bardzo efektownych widokach i ciągnie się aż do przejścia
granicznego na Łysej Polanie. My jednak granice przekroczyliśmy przez mniej znane
przejście, zjeżdżając z Drogi Wolności i kierując się na miejscowość Podspady,
z której juz tylko krok do Polski, a potem przez Jurgów do Bukowiny
Tatrzańskiej, gdzie zatrzymaliśmy się u znajomych.

Następnego dnia z samego rana wybraliśmy sie w góry. Na
szczęście tego dnia pogoda nam dopisywała. Szybko dostaliśmy się busem do
Kuzinic i już chwilę później podążaliśmy przez Dolinę Jaworzynkę aby dotrzeć do
przełęczy między Kopami, skąd rozciąga się przepiękny widok na HalęGąsienicową. Dalej podążamy w stronę Czarnego Stawu Gąsiennicowego, przyjemną,równą ścieżką z poukładanych kamieni. Staw jest bardzo widowiskowy, znajduje
się w przepięknej scenerii wysokich szczytów a jego wody są bardzo piękne i
przejrzyste, miejscami przybierają kolor turkusowy. Stamtąd patrzymy na swój
cel - czyli Kościelec (2155 m n.p.m.) wyglądał na szczyt trudno dostępny, z
profilu widoczne były jego urwiste zbocza a cały szczyt przypominał stromą
piramidę. Udajemy się szlakiem prowadzącym, przez przełecz Karb (1853 m n.p.m.)
tam nie napotykają nas żadne większe trudności, ponieważ całą drogę wędrujemy
ścieżką bardzo przypominającą kamienne schody, jedynym problemem, jaki może się
odezwać to brak kondycji, bo podejście jest dość strome i kręte. Po wejściu na
Karb odsłonił się przed nami przepiękny widok na cały Czarny Staw Gąsienicowy i
Dolinę Gąsienicową. Potem schodzimy kawałek w dół, po czym już dalej wchodzimy
na szczyt najpierw schodami a potem już tylko gładkimi płytami skalnymi. Cała
trasa na szczyt Kościeliska prowadzi po bardzo śliskim podłożu, większych
trudności nie ma, tylko w niektórych miejscach musimy pospinać się także przy
pomocy rąk. Widok ze szczytu rozciąga się na całą Dolinę Gąsienicową oraz
panoramę szczytów, przez które biegnie Orla Perć, widoczne są także wszystkie
Stawy Gąsiennicowe. Na szczycie jest bardzo mało miejsca, i wokół otaczają nas
same przepaście, dlatego trzeba być bardzo uważnym. Z Kościelca schodzimy z powrotem na Krab apotem, aby nie wracać ta samą trasą, wybieramy łagodny szlak wiodący między
wielkimi kamieniami, po drugiej stronie przełęczy, mijając po drodze liczne
mniejsze i większe stawy. Jeden niesamowity dzień górskiej przygody był za
nami.
  
Ostatnim etapem i tym samym zwieńczeniem całej wyprawy było
zdobycie Rys ( 2499 m n.p.m.) najwyższego polskiego szczytu. Na Polanie
Palenicy przekraczamy progi Tatrzańskiego Parku Narodowego, dalej podążamy
długą asfaltową drogą, która prowadzi nas do Schroniska nad Morskim Okiem. Tam
właśnie rozpościera się piękny i chyba wszystkim znany widok na MięguszowieckieSzczyty oraz całe Morskie Oko. Stamtąd szybko ruszamy na szlak i docieramy doCzarnego Stawu, w którym możemy podziwiać przepiękne odbicia gór. Obchodzimy
Czarny Staw lewą stroną po równym kamiennym „chodniku”, który potem przeradza
się w już bardziej stromy szlak prowadzący cały czas po dużych kamieniach. Po
jakimś czasie wspinaczki dochodzimy do sporego głazu, na który można wejść i
podziwiać z tego podwyższenia Morskie Oko i Czarny Staw, dostrzegam również
szlak, którym szliśmy obok Czarnego Stawu. Idąc wyżej docieramy do Buli pod
Rysami ( 2054 m n.p.m.) jest to sporych rozmiarów kamienna polana, z której po raz
ostatni widzimy całe Morskie Oko i Czarny Staw. Idziemy dalej w górę, po prawej
stronie zauważamy żleb wypełniony śniegiem, a już paręnaście minut później
dochodzimy do pierwszych łańcuchów umocowanych na gładkiej płycie skalnej.
Dalsze podejście staje się strome i tu właśnie zaczyna się wspinaczka z pomocą
łańcuchów po gładkich skałach. Od tej pory nie widzimy już stawów, bo przysłaniają
nam je ściany Żabich Szczytów. Pod samym szczytem przechodzimy nad przepaścią,
która także jest ubezpieczona łańcuchami, jeszcze parę kroków i już jesteśmy na
szczycie. Wierzchołek góry jest bardzo przeludniony, więc aby nie schodzić odrazu, przedostajemy się na słowacki wierzchołek ( 2503 m n.p.m.), na którymjest nie mniej ludzi ale jakby więcej miejsca. I takim oto sposobem kończymy
swoją wyprawę jakby nie było na Słowacji:). Widok jest wspaniały, widać stąd
Gerlach, Łomnicę, Lodowy Szczyt..., a z
drugiej strony między innymi Świnicę, Szpiglasowy Wierch, Kozi Wierch, na
horyzoncie można nawet dostrzec Babią Górę. Po nasyceniu oczu tymi wspaniałymi
widokami nie pozostało nam nic jak zejście na dół. To był koniec naszej
słowacko - polskiej wyprawy.
  
|